piątek, 24 października 2008
W czeluść...
W czelść bezdenną spadam ugodzony jadem rozstania, przeraża mnie jej mrok, boję się samotności, kolec jadowy ciągle pompuje jeszcze ciecz bólu i śmierci powolnej drażniąc przekuty mój bok, czarne skrzydła w bólu wyrosłe z moich ramion znają tylko jeden kierunek lotu, więc pikuje głową w dół, ślepy od czerni dookoła i głuchy od ryczącego pędu dusznego powietrza...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)